Janina Kowalska przed Tablicą Wypędzonych w Zielonce, podczas rocznicy wypędzenia mieszkańców w 2013 r. Fot. UM Zielonka
W roku 2014 zostałam zaproszona do Zielonki. Zaproszono mnie jako świadka historii na obchody rocznicy wypędzenia w 1944 roku przez Niemców ludności polskiej na tułaczkę. Wiedziałam, że będę musiała coś opowiedzieć, ale nie wiedziałam co i jaki charakter będzie miała ta uroczystość. Poprosiłam więc organizatora, abym mogła mówić ostatnia. Jakież było moje zdziwienie kiedy usłyszałam wspomnienia z tego dnia młodszych ode mnie mieszkańców Zielonki, młodszych o 3−4 lata. Ja w 1944 roku miałam 15 lat, a oni 10−11.
Wspominali raczej swoich rodziców, niż własne doznania. Mówili, jak to rodzice czekali do ostatniej chwili w nadziei, że nie będzie działo się nic groźnego, że może odwołają ewakuację. Niczego nie szykowali do zabrania ze sobą, a mieli przecież małe dzieci i zbliżała się zima. Sądzili, że będą mogli za kilka dni wrócić do swoich domów. Następnie opowiadali, jak to Niemcy wpadli z krzykiem i bili kolbami karabinów, jak rodzice łapali co było pod ręką, żeby zabrać cokolwiek, a nie co było potrzebne.
My obie z Mamą i resztą kobiet z dziećmi byłyśmy przygotowane do wyjścia z domu na tułaczkę. Nie czekałyśmy na kolby niemieckich karabinów. Wiedziałyśmy, że będą na tych terenach szykować się do walnej bitwy z radziecką ofensywą. Zielonka i okolica idealnie się do tego nadawały. Szerokim półkolem otacza miasteczko wysoka wydma morenowa, a poniżej roztacza się równina, zwana wołomińską. Dwa razy wcześniej to ukształtowanie terenu już było wykorzystane. Pierwszy raz w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, a drugi raz w czasie tak zwanej Bitwy Warszawskiej w 1920 roku w walce z bolszewikami. Precedensy były, czemu więc Niemcy nie mieliby z nich skorzystać?
Jak można było czekać na odwołanie wypędzenia, skoro poprzedniego dnia przeszli przez Zielonkę wyrzuceni z domów mieszkańcy Kobyłki, miasteczka leżącego na wschód od Zielonki? Nie umiem zrozumieć toku myślenia tych ludzi i braku wyobraźni. Dziś ich potomkowie chwalą się postępowaniem swoich rodziców, czyli zrobiliby tak samo, gdyby zaszła taka konieczność. Znałam tych ludzi i wiem, że całą wojnę siedzieli cicho, w żadną konspirację się nie angażując i potem, kiedy trzeba było mądrze myśleć, on czekali na swoją martyrologię, żeby dostać kolbą karabinu w łeb i mieć się czym chwalić po wojnie. Tylko, że takie postępowanie jest skrajnie nieodpowiedzialne, a od osób dorosłych, mających dzieci oczekuje się właśnie odpowiedzialności, a nie, pożal się Boże, bohaterstwa.
Biała apaszka
wspomnienia Janiny Kowalskiej “Mirka”,
najmłodszej łączniczki AK II Rejonu “Celków”
Towarzystwo Przyjaciół Zielonki
Zielonkowskie Zeszyty Historyczne Nr 3/2016