Właściwie na całej trasie od W Warszawy do Radzymina dominującym motywem krajobrazu są kominy fabryczne. Kominy stare, „pozaprzeszłe”. Nie tam jakieś rury betonowe lub stalowe, lecz solidne budowle, artystycznie ułożone z cegieł starannie dobranych. Wyglądają w tej okolicy tak naturalnie, jak las pielęgnowany wiekami, którego ozdobą są wyniosłe sosny masztowe.

Niektóre spośród tutejszych kominów liczą sobie rzeczywiście ponad stulecie. Najliczniejszych tego pokroju szukać trzeba obok glinianek i dawnych cegielni. Prawdopodobnie pierwszych rzemieślników i fabrykantów przyciągnęły tu już w praczasach bogate złoża glinki najwyższego gatunku. Przemysł ten rozwijał się szczególnie intensywnie w drugiej połowie XIX w., zgodnie z ówczesnym rytmem rozbudowy Warszawy. Szkoda, że nie wytrwał w całej swej sile i prężności do roku 1943 — jak bardzo by się wtedy przydał!

Stopniowo bowiem wyczerpywały się zapasy surowca, przygasała koniunktura. W latach międzywojennych w piecach nieczynnych cegielni przemieszkiwali bezdomni nędzarze, zaś robotnicy pracujących jeszcze zakładów żyli w takich warunkach, że ich manifestacje w okresie kryzysu nazywano „marszami głodnych”. Zanik przemysłu ceramicznego powodował z kolei zwiększanie się liczebności bezrobotnych, co w rezultacie przyciągało do okolic podwarszawskich przedsiębiorców z innych branż.

Dzisiaj o stosunkach w tych fabrykach mówi się i pisze najczęściej na dwie nuty: w tonacji historyczno-politycznej i we wspomnieniach osobistych, warto więc przypomnieć, jak relacjonowała ówczesna prasa („Dziennik Ludowy” z 21 maja 1937 r.) motywy i przebieg strajku w hucie „Vitrum” w Wołominie:

“Od 9 dni 370 robotników okupuje hutę szklaną „Vitrum”, dostarczającą butelki do Państwowego Monopolu Spirytusowego i izolatory dla Dyr. Poczt i Telegrafów. Robotnicy domagają się zapłaty za przerwy w pracy wynikłe nie z winy robotników, grzecznego traktowania, przyjęcia miejscowych robotników na robotę tzw. presy. Robotnicy stoją nadal solidarnie w akcji, gdyż ostatni system obliczenia płac był bardzo niekorzystny dla robotników, którzy właściwie nigdy nie byli pewni jaką otrzymają zapłatę za przepracowany czas pracy. Strajk ten wywarł ogromne wrażenie wśród całej ludności Wołomina i okolicznych mieszkańców, którzy też pospieszyli z pomocą walczącym robotnikom. Robotnicy etatowi i hutnicy zbierają składki. Właściciele sklepów spożywczych ofiarowują gotówkę i naturalia, a nawet 3 fryzjerów bezpłatnie ogoliło strajkujących robotników…”

Najpotężniejszym przemysłowcem podwarszawskim w pierwszych dekadach naszego wieku był w Markach Anglik Whitehead, właściciel przędzalni czesankowej. Na zdjęciu naszym widnieje właśnie kokieteryjny komin tej fabryki, gdzie mieszczą się obecnie spółdzielcze zakłady odlewnicze. Na pierwszym planie — dawny, równie kokieteryjny pałacyk fabrykanta, jakby żywcem wzięty z ilustracji podręcznika historii okresu wczesnokapitalistycznego Polski. Dziś jest siedzibą unikalnej szkoły zawodowej kinooperatorów, dzięki czemu trzyma się świetnie, niedawno został gruntownie i wiernie epoce odnowiony, co rzadko się — niestety — trafia.

Legendarny Whitehead, którego robotnicy równie często szli na demonstracje głodowe jak ceglarze, był praktycznie właścicielem całych prawie Marek, Na jednym z dawnych domów fabrycznych widnieje jeszcze — trochę anachroniczna w r. 1976 — tabliczka informacyjna:. „Administracja domów wł. sukcesorów Whiteheadów”. Wytworzyła się bowiem osobliwa sytuacja, że lokatorzy mieszkań, fabrycznych stali się z biegiem czasu ich właścicielami, jak prawni sukcesorzy angielskiego fabrykanta.

„Wszystko tu przecież zmieniło się zasadniczo — a jednak coś zostało na całej tej trasie Warszawa — Radzymin, co odróżnia ją od innych szos wylotowych i pozwala wspominać przeszłość w sposób nieszkodliwie sentymentalny.

Jerzy Kasprzycki

Życie Radomskie
1 lutego 1976
nr 26

 77 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.