Bal Huraganu, rok 1935. Fotografia z albumu Wiktora Cieślaka.
Jeszcze do niedawna miałem zaproszenie na bal z 1938 roku, gdzie dokładnie wyliczono, kto „raczył przyjąć funkcję gospodarza”, a na samym początku widniało: Burmistrzostwo Józefostwo Cicheccy… Dziś, półwieku później syn burmistrza Józefa Cicheckiego, Miron Cichecki, odznaczony tytułem „Zasłużony dla Miasta Wołomina”, wspomina.

Wielkie przedwojenne bale niespecjalnie mnie interesowały – wspomina Miron Cichecki. – Byłem wówczas studentem i chodziłem na zupełnie inne zabawy. Na przykład na sylwestrowy bal klubowy w „Huraganie”, a później, w pierwszą sobotę lutego na bał sportowców. Udział w obydwu tych balach nobilitował, podobnie jak przynależność do klubu. Przed wojną członkostwo w „Huraganie” przechodziło z ojca na syna, niczym cenne dziedzictwo. Ale przecież miałem oczy i uszy, to wiedziałem , co się dzieje w domu i dokąd wybierają się rodzice. Bale, na których obecne były najważniejsze osobistości Wołomina, organizowali między innymi: straż ogniowa i Polska Macierz Szkolna. Na długo przed balem organizator zwracał się do znamienitych osób o objęcie tytułu honorowego gospodarza balu. Zawsze przychodzili z prośbą o przyjęcie takiej funkcji do mojego ojca i jeszcze do niedawna miałem zaproszenie na bal z 1938 roku, gdzie dokładnie wyliczono, kto „raczył przyjąć funkcję gospodarza”, a na samym początku widniało: Burmistrzostwo Józefostwo Cicheccy. Właśnie taka, już niespotykana forma, Józefostwo… W dalszej kolejności, najczęściej pojawiały się takie oto nazwiska: Edmund Kowalski, zasłużony obywatel Wołomina, radny miejski, inicjator założenia Towarzystwa Przyjaciół Wołominka i Sławka, Piotr Rostkowski, znany pedagog, społecznie zastępca burmistrza, Stanisław Lange, wiceburmistrz miasta, był wśród założycieli „Huraganu”, dwie rodziny Wajnbaumów, zamożnych kupców, właścicieli fabryki żelaznej, Tejblumowie, Szymon Donde, fabrykant. Z urzędników byli także zapraszani pan Podhorodecki, główny księgowy i Mieczysław Winiarski, sekretarz magistratu. Nie mogło zabraknąć również lekarzy: doktora Zachariasza Franka i doktora Reznika, znanego ginekologa.
Mazura czas zacząć
Bale były organizowane przez cały karnawał, zazwyczaj kilka po kolei. Wiem z zaproszenia, że bilet wstępu kosztował złotówkę, tyle, ile kilogram pomarańczy. Dochód z balu przeznaczony był na cele charytatywne, opiekę nad wdowami, dla rodzin wielodzietnych i najuboższych. Ale same bilety to mało, najwięcej wpływało do kasy ze sprzedaży kotylionów. Były one wykonane przez panie z towarzystwa i cieszyły się dużym powodzeniem. Głównie dlatego, że wybór królowej balu uzależniony był od urody i ilości posiadanych kotylionów. O ile te drugie można było policzyć, to urodę mierzono natężeniem oklasków.

Jednak muszę przyznać – kontynuuje pan Miron – że znacznie lepiej zapamiętałem bale w Pruszkowie, gdzie mój ojciec był burmistrzem nie kilka lat, jak w Wołominie, ale od 1918 do 1934 roku. Zawsze obserwowałem ogromne podniecenie w domu, te przygotowania do balu. Zaś najwięcej uwagi do stroju i wyglądu przywiązywała jedna z naszych ciotek, panna, która koniecznie chciała wydać się za mąż. W Pruszkowie bawiono się w ogromnej sali balowej starego zamku, który był siedzibą „Sokoła”. Natomiast z przedwojennego Wołomina zapamiętałem głównie bale organizowane w remizie strażackiej, przy obecnym placu 3 Maja.
To oczywiste, że przed balem trwały w domu wielkie przygotowania, przede wszystkim pod względem ubioru, bo przecież kreacja musiała być niepowtarzalna. Niezbyt zwracałem na to uwagę, ale pamiętam, suknia mamy długa, do samej ziemi, choć czarna, była bogato zdobiona. Na suknię mama wkładała czarne karakułowe futro, zaś ojciec szedł na bal we fraku lub smokingu. Rzecz jasna, nie szli na piechotę, po rodziców zajeżdżał burmistrzowski powóz, który przywoził ich do dom u niezadługo po północy.
Przed wojną każdy bal zaczynał się mazurem, dopiero potem tańczono poloneza i inne polskie tańce. A jeszcze później wedle uznania i umiejętności tango, fokstroty, łącznie z wolnym shimmy, walca angielskiego, pasodoble. Czy umiałem tańczyć pasodoble? Jeszcze jak, ja byłem mistrzem tańca!
Po powrocie rodzice opowiadali, jak się bawili, a były to nadzwyczaj udane bale, z kim się bawili (średnio na balu było dwieście pięćdziesiąt osób). Na stoły podawano dania staropolskie, a z trunków zawsze obecny był szampan.
Zagubił się liryzm, nie ma nastroju
Ostatni taki bal, z udziałem honorowych gospodarzy zorganizowano w Wołominie w karnawale 1939 roku. W czasie okupacji myślało się o walce, nie o zabawie i dopiero po wyzwoleniu mieszkańcy zachłysnęli się wolnością. Pierwszy bal odbył się w sylwestra 1945 roku, kiedy jeszcze byłem na froncie. W „Niepodziance”, restauracji rodziny Szewców, tuż koło stacji i dawnego budynku szkoły nr 2. W następnych latach bale karnawałowe odbywały się właśnie tam i w „Oazie”, położonej niedaleko, w miejscu gdzie obecnie jest biblioteka pedagogiczna. Właścicielem „Oazy”, lokalu widowiskowo-restauracyjnego był pan Nasfeter, ojciec reżysera. Tyle, że nie były to już bale charytatywne, a i chodził na nie, kto tylko chciał.

Były oczywiście bale w „Huraganie”, zaraz po wojnie przyjacielem klubu była słynna Tola Mankiewiczówna. Obecna na każdym balu, osobiście występowała na scenie, doskonale się bawiła i miała w Wołominie wielu przyjaciół. Każdy bal miał wodzireja, jednym z najlepszych był Stanisław Billewicz, doskonały tancerz i bardzo przystojny mężczyzna. A jednocześnie działacz „Huraganu”, który przed wojną biegał w „Warszawiance” razem z Kusocińskim.
Obecnie wołomiński Klub Biznesu wrócił do tradycji balów charytatywnych. Myślę, że to dobra inicjatywa, skoro ma zasilić fundusz pomocy dla potrzebujących. Nawet więcej, to chwalebna i godna poparcia inicjatywa, ja wiem, co to znaczy zorganizować bal. Tyle, że nie da się porównać tamtych, przedwojennych balów i tych późniejszych, współczesnych. To już nie ten nastrój, brakuje liryzmu tamtych zabaw. Może to charakter tańców o tym decyduje, że gdzieś zagubił się romantyzm wielkich balów. Nie tańczy się już tanga, chyba, że orkiestra zagra dla starszych balowiczów. Ale ludzie starsi nie są po to, żeby się bawić, tylko po to, by przygotować imprezę.
Wysłuchała Agata Bochenek
Wieści Podwarszawskie
R.8, 1998 nr 3 (360) (18 I)