
Krystyna Buch od kilkunastu lat praktycznie nie opuszcza swojego mieszkania przy ul. Strzeleckiej na Pradze. Jeżeli już, to z trudem przemieszcza się między kuchnią a pokojem. Słucham wspomnień Krystyny Buch i od czasu do czasu mój wzrok pada na ścianę w zielonkawe wzorki, na której wiszą stare fotografie, młodej Krystyny i jej najbliższych. Wśród zdjęć przeważają portrety z tamtego czasu, gdy świat zadawał się być jeszcze pełen możliwości, nadziei i uchwytnego szczęścia. Dziś Krystyna Buch jest starszą schorowana panią, która mówi, że życie okaleczyło ją psychicznie. Okaleczyło ją psychicznie życie, naznaczone traumatycznymi doświadczeniami z okresu okupacji hitlerowskiej oraz stalinowskiego terroru.
Z Piotrkowa do Wołomina
Krystyna Buch urodziła się w 1925 r. w Piotrkowie Trybunalskim w rodzinie kolejarskiej. Z czasem jej ojca, Jana Bucha służbowo przeniesiono w rejon Warszawy. I tak rodzina Buchów, a mianowicie matka Krystyny, Anna, starszy brat Mieczysław i młodsza o cztery lata Anna znaleźli się w Wołominie, gdzie zamieszkali przy ul. Szopena 1. Matka prowadziła dom, ojciec zaś był konduktorem w pociągach dalekobieżnych. Zdarzyło się kiedyś, że obsługiwał salonkę prezydenta Mościckiego i prezydent zapytał, w czym może pomóc. Wówczas Jan opowiedział o marzeniach syna Mieczysława, który chciałby się dostać do szkoły lotniczej. Mościcki dał konduktorowi swoją wizytówkę, ale i to nie pomogło. Ówczesna szkoła lotnicza była elitarna placówką i dla kolejarskiego syna nie było w niej miejsca.
Krystyna tymczasem uczęszczała do szkoły powszechnej mieszczącej się przy skrzyżowaniu ulicy Długiej i Wileńskiej. Wówczas osobno uczyli się chłopcy, osobno dziewczynki, zajmując różne piętra w tym samym budynku.
Rok 1939. Krystyna kończy szkolę i zdaje egzaminy do gimnazjum w Wyszkowie, w którym od dwóch lat od uczy się już jej brat Mieczysław. Dlaczego w tamtym mieście?
– W Wyszkowie było tańsze czesne niż w Warszawie – wyjaśnia.
Tajne komplety
Wrzesień 1939 niweczy plany dziewczyny. Jednak Krystyna nie rezygnuje z edukacji i uczęszcza w Wołominie na tajne komplety. Trwa to dwa łata, a dziewczyna stara się przyswoić choćby część gimnazjalnej wiedzy. Na tajne komplety chodzi najpierw kilka osób, potem kilkanaście. Czasami spotykają się w mieszkaniach uczniów, czasami udają się do nauczyciela, pana Balona, który z narażeniem życia zapoznaje młodzież z tajnikami deklinacji i koniugacji.
W 1941 r. Niemcy zalegalizowali w Wołominie koedukacyjną szkołę handlową. Placówkę prowadziło polsko-niemieckie małżeństwo Marchlewskich.
– Uczyłam się między innymi arytmetyki handlowej, towaroznawstwa, organizacji i techniki handlu – wspomina Krystyna Buch – Były tam dość specyficzne warunki nauczania. Nie mieliśmy żadnych podręczników i wszystko trzeba było notować.
Do tej szkoły Krystyna Buch uczęszczała niecałe dwa lata.
Groźba przymusowych robót
Na trzy miesiące przed zakończeniem roku szkolnego Krystyna Buch, która osiągnęła pełnoletniość dostał kartę powołania do pracy w Niemczech. Był to już trzeci tego typu nakaz. Od poprzednich dwóch udawało się jeszcze wybronić, w tym jednak przypadku obrona uczącej się dziewczyny była praktycznie niemożliwa. Możliwe jednak było uchronienie się przed wywozem na roboty do Niemiec, zwłaszcza gdy się było pracownikiem strategicznej, jakby nie było, kolei. Ojciec Krystyny błyskawicznie znalazł zatrudnienie dla córki, w rachubie Kolei Wschodniej. Tam Krystyna pracowała za 140 zł miesięcznie i przydziałową ćwiartkę wódki – ponadto otrzymała coś bardzo cennego w tamtym czasie, a mianowicie Ausweis. Krystyna Buch pracowała na kolei jeszcze w lipcu 1944r, na parę dni przed wybuchem powstania warszawskiego.
Ukryci w lodowni
– Wówczas mieszkaliśmy w domu na rogu Wileńskiej i Nowej w Wołominie – wspomina Krystyna Buch.
Jeszcze w lipcu 1944 pojawiła się w mieście „czołówka” II armii pancernej wojsk radzieckich. Zaledwie przez pięć dni wojska rosyjskie znajdowały się mieście. 6 września do Wołomina wkroczyli Niemcy i po czterech dniach zarządzili ewakuację ludności miasta.
– Naszym sąsiadem był pan Zawisza, rzeźnik, który miał lodownię.
Mimo groźby rozstrzelania nasza rodzina nie opuściła miasta, tylko ukryła się w tamtej lodowni. Rodziną Buchów, poza bratem Mieczysławem, który zbrojnie walczył z Niemcami, a więc ojciec, matka i dwie córki przenieśli się do lodowni. Wraz z nimi w tej dużej piwnicy skryło się jeszcze pięć rodzin, a wśród nich malutkie dzieci. Lodownia była niezłym schronieniem. Nieco odsunięta od drogi, obrośnięta dzikim winem. Kryjący się ludzie dnie spędzali w ciszy, nocami uchylano drzwi, ażeby wpuścić nieco powietrza. Jan Buch parokrotnie nocą z narażeniem życia wyruszał w poszukiwaniu jedzenia. Powracał z takich wypraw to z burakami, to z ziemniakami. Poza tym rodzina żywiła się sucharami, ususzonymi skibkami chleba, które udało się wcześniej zgromadzić. Tymczasem Warszawa bohatersko walczyła z hitlerowcami.
– Nocami widziałam łuny pożarów nad stolicą. Słyszałam detonacje, których odgłosów się bardzo lękałam. Wszystko to razem bardzo przeżywałam, zwłaszcza, że mój narzeczony, Ryszard walczył w powstaniu.
Zgwałcone przez sołdatów
6 września wojska radzieckie wkroczyły do Wołomina. Miasto było praktycznie opustoszałe. Nie było co jeść. Rodzina Buchów miała zaprzyjaźnionych gospodarzy, państwa Cymeramanów we wsi Chojny koło Poświętnego. Pomysł był taki. Przenieść się na razie na wieś, tam pomóc w pracach rolnych, a zwłaszcza w wykopkach, w zamian za schronienie i pożywienie. Najpierw do Chojn udał się sam Jan Buch. Osobno wyruszyły w kilkunastokilometrową trasę matka i obie córki.
– Przeszłyśmy już spory kawał drogi, gdy znalazłyśmy się na leśnym dukcie. – wspomina Krystyna Buch – Nagie podjechało trzech radzieckich żołnierzy na koniach. Byli skośnoocy i mieli azjatyckie rysy. Coś zagadali, nie bardzo wiadomo było czego chcieli. Zrozumiałyśmy, że mamy iść na jakąś komendę. Ruszyłyśmy. Wtenczas coś mnie tknęło. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak oni palcami sobie nas wybierają.
Każdy z żołnierzy pochwycił jedną z kobiet, zaciągnął w krzaki i zgwałcił. Matka miała wówczas 43 lala, Krystyna 19, najmłodsza Anna, 15.
– Gdy usiłowałam się bronić, gwałciciel przy stawiał mi pistolet do skroni.
Zgwałcone kobiety nigdy nie powracały do tego tematu. O tym co się przydarzyło dowiedział się jedynie ojciec, gdy wreszcie udręczone dotarły do Chojn.
Ucieczka z podwody
Następnego dnia rodzice Krystyny poszli na wykopki. W domu pozostały trzy dziewczęta: obie siostry Buch oraz 16-letnia Wacława Cymerman.
– Nagle na podwórze wjechała grupa pijanych sowieckich żołnierzy. Anna zaraz uciekła, a ci bez słowa kazali mnie i Waci z nimi jechać i wsiadać na podwodę.
Wtenczas przybiegł z pola ojciec zaalarmowany przez Annę.
– Straszyli go, że zabiją, ale nie dał się odwieźć. I tak w trójkę ruszyliśmy furmanką w nieznane, konwojowani przez żołnierzy.
Zaczynało szarzeć. Z różnych stron dołączały podwody z młodymi, miejscowymi kobietami. Cel był jasny jak na dłoni – kobiety jadą, aby zaspokoić żądze wygłodniałych żołnierzy. Miejsce do którego zdążał konwój było lotniskiem czy też lądowiskiem samolotów. Furmanka na której jechała Krystyna z ojcem i Wacią znajdowała się jako ostatnia w konwoju. Umówili się po cichu, że w dogodnym momencie wyskoczą. Tak się stało i w chwili nieuwagi konwojenta cała trójka zeskoczyła i znalazła się w młodniku. Nie wiedzieli gdzie się znajdują, uciekali na oślep byle jak najdalej się od rozjaśnionych reflektorami pasów startowych. Przez łasy i pola przedzierali się całą noc. Rano dotarli do jakiejś wsi, gdzie im wskazano drogę do Chojn. Krystyna zażądała natychmiastowego opuszczenia wsi i powrotu do Wołomina.
Końcówka okupacji
W wołomińskim domu było głodno i chłodno, szyby pozalepiane papierami. Na dodatek Rosjanie zarekwirowali jeden z pokoi, gdzie zakwaterowali swojego pułkownika.
– Otrzymał pokój przechodni. Parę razy dziennie szłyśmy z naszego pokoju do kuchni całkowicie ignorując intruza. Pewnego dnia zapytał, dlaczego nikt się z nim nie przywita czy też nie uśmiechnie. Wówczas ojciec opowiedział o naszych przeżyciach. Pułkownik był poruszony i obiecywał rozstrzelanie gwałcicieli, o ile uda się ich rozpoznać.
Powoli powracała ludność Wołomina, życie również zaczynało się normalizować. Grupka młodzieży stworzyła trupę artystyczną: skecze, monodeklamacje, kwartet smyczkowy, śpiew. Występy miały charakter dobroczynny, a uzyskane z nich pieniądze miały zostać przeznaczone na odbudowę zburzonego w czasie wojny kościoła.
– Ja śpiewałam solówki mezzosopranem dramatycznym – opowiada pani Krystyna.
7 listopada wojska radzieckie obchodziły rocznicę wybuchu Rewolucji Październikowej. Zażądano od młodzieży koncertu, który miał się odbyć w kinie Hel. Na pół godziny przed imprezą nastąpiły silne detonacje. Krystyna, jak mówi o sobie, uczulona na wybuchy uciekła do domu. Za chwilę w mieszkaniu pojawił się konferansjer i nieomal siłą zaprowadził ją na estradę. Dziewczyna odśpiewała “Krakowiaka” Moniuszki i “Serenadę” Schuberta. Wojsko krótki recital wysłuchało w skupieniu. Po występie wybuchły entuzjastyczne okrzyki: Bis! bis!. Bisów jednak nie było, bo Krystyna uciekła.
Z dnia na dzień radzieckie wojska opuszczały Wołomin. W styczniu, dwa dni po wyzwoleniu stolicy, Krystyna Buch znalazła się w Warszawie.
– Nigdy nie zapomnę tego widoku, widoku miasta składającego się z wypalonych kikutów.
Handel bimbrem
Tuż po wyzwoleniu, Krystyna Buch w raz z bratem utrzymywała się ze sprzedaży bimbru. Produkcja, ponoć całkiem dobrego trunku, szła w Wołominie. Stąd drogą przez Warszawę, Pruszków i Koluszki bim ber trafiał głów nie do Łodzi.
– Bimber woziliśmy w baniakach prawie przez pół roku – wspomina Krystyna Buch – Tamta zima była bardzo ostra i ciężko się wówczas przeziębiłam.
Siostra Krystyny, Ania wyszła za mąż, w krótce obie młode kobiety zamieszkały w Warszawie na Pradze.
Okupacyjna miłość Krystyny Buch, Ryszard po powstaniu został wywieziony do obozu do Niemiec. Jego obóz został wyzwolony przez aliantów, sam zaś Ryszard z czasem został agentem amerykańskiego wywiadu. Od czasu do czasu, raz, dwa razy w roku nielegalnie przekraczał granicę Polski i tu tworzył sieć wywiadowczą. Zdarzyło się; że w mieszkanku Krystyny przechowywał duże ilości dolarów niezbędnych do wywiadowczej działalności, rzeczy osobiste oraz dokumenty. Kiedyś na adres Krystyny przyszedł zaszyfrowany list do Ryszarda z prośbą o 15 tysięcy dolarów. List ów, nie wiedzieć czemu, Krystyna przepisała, a kopię ukryła, oryginał zaś wysłała do faktycznego adresata. Jednocześnie brat Krystyny, Mieczysław, aktywny w konspiracji, w 1945 r. uciekł na Zachód. Tam jednak nie był w stanie się urządzić, a tym bardziej utrzymać i w 1947 r. powrócił do kraju. Tak więc dwóch bliskich mężczyzn z otoczenia Krystyny z punktu widzenia ówczesnej władzy było w najwyższym stopniu niebezpiecznych.
Pierwsze przesłuchanie
Pierwsze zatrzymanie nastąpiło w styczniu 1949 r. W biały dzień w mieszkaniu Krystyny pojawiła się kobieta, jak się później okazało konfidentka. Powiedziała, że przysyła ją znajoma Krystyny, która ulegała wypadkowi, leży w szpitalu i bardzo prosi Krystynę o natychmiastowy kontakt. Gdy Krystyna ubierała się, zauważyła kątem oka, że przybyła kobieta nerwowo kręci się przy oknie, raz po raz zerkając na zewnątrz. Gdy już wyszły z domu na rogu ulic Stalowej i Inżynierskiej jacyś mężczyźni w cywilnych ubraniach pochwycili Krystynę i wsadzili ją do taksów ki, do drugiej zaś taksówki wepchnięto tam tą kobietę, która udawała niepomierne zdumienie.
– Jadąc taksówką zorientowałam się, że wiozą mnie na UB. W duchu zadawałam sobie pytanie, czy rzecz dotyczy brata czy narzeczonego.

Krystyna trafiła do siedziby UB na Cyryla i Metodego, do tego samego budynku, gdzie dziś znajduje się północnopraska komenda policji. Przesłuchanie dotyczyło Ryszarda, którego Krystyna nie widziała już dobre dwa lata, wszystkiego się więc wyparła i jeszcze tego samego dnia została zwolniona. Na dziewczynie wymuszono obietnicę, żeby nikomu nie opowiadała o przesłuchaniu. Wówczas Krystyna Buch pracowała w Państwowym Instytucie Meteorologicznym, który mieścił się przy ulicy Oleandrów.
– Przez kolejne dni, na przykład w drodze do pracy miałam nieodparte uczucie, że jestem inwigilowana.
Aresztowanie
Minęły dwadzieścia trzy dni od pierwszego pobytu na UB. Była piąta rano 29 stycznia 1949 r., gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi.
– Kto tam? – spytała zaspana Krystyna.
– My z kwaterunku.
Młoda kobieta natychmiast zorientowała się, kto zacz i że nie jest to żaden kwaterunek. Cóż było jednak robić, ubrała się więc i otworzyła drzwi. Z miejsca otrzymała nakaz aresztowania. Podczas przeszukania natrafiono na kopię tam tego listu do Ryszarda, którą nieopatrznie przechowywała wśród swojej korespondencji. Krystyna ponownie trafiła na Cyryla i Metodego. Rozpoczęło się przesłuchanie, podczas którego dowiedziała się, że Ryszard został aresztowany w kraju. Krystyna Buch przez trzy miesiące była przesłuchiwana w praskim UB. W celi przebywały jeszcze dwie kobiety powiązane ze sprawą Ryszarda (jedną z nich zwolniono, druga przeszła ciężkie śledztw o na Mokotowie). Krystyna do celi trafiła w ubraniu, tym, w którym zabrano ją z domu podczas aresztowania.
– Sypiałam na betonie w jesionce. Pamiętam, że była koloru marengo, pochodząca jeszcze z przydziałów z PKP. – Nie, nikt mnie wówczas nie bił. Po trzech miesiącach pobytu na Cyryla trafiłam do więzienia „Toledo”, które mieściło się przy ulicy Ratuszowej.
Mokotów
Było już lato, gdy pewnego dnia na spacerniaku padło jej nazwisko. Dwóch cywilów zabrało jej więzienny depozyt, zegarek i pierścionek i Krystynę przewieziono do słynnego z okrucieństw aresztu śledczego na Mokotowie.
– Pamiętam jak wieziono mnie świeżo o d daną trasą W-Z, którą moi konwojenci oglądali z głęboką dumą.
Na początek trafiła do izolatki, która mieściła się w tzw. „wyciszonym ” pawilonie. Pomimo wyciszenia nocami słyszała jęki i krzyki przesłuchiwanych aresztantów. Jeszcze w izolatce ujawniła się silna nadkwasota żołądka, częściowo spowodowana stresem, częściowo fatalnym jedzeniem, a między innymi ciężkostrawnym, kwaśnym chlebem, który był podstawą więziennego żywienia. Krystyna suszyła skrawki chleba na kaloryferze, jako że takie suchary były bardziej przyswajalne przez obolały żołądek. Zobaczył to oddziałowy i w jakimś ludzkim odruchu powiadomił lekarza.
– Całe dwa tygodnie byłam na diecie i otrzymywałam białe pieczywo.
Po czteromiesięcznym pobycie w izolatce Krystynę przeniesiono do normalnej celi, gdzie przebywały cztery kobiety. Wtenczas rozpoczęło się rutynowe śledztwo.
Śledztwo
Jednym ze śledczych był Jerzy Waliczak, jak pamięta, kawał chłopa, który podczas pierwszego przesłuchania oświadczył wylęknionej kobiecie.
– Daję ci 24 godziny do namysłu. My i tak wszystko o tobie wiemy i co będziemy chcieli, to od ciebie wyciągniemy.
Każde śledztwo powtarzało się według podobnego schematu, padały bez mała te same pytania, a Krystyna odklepywała życiorys. Raz uderzono ją w twarz i wytargano za włosy, a włosy miała wówczas długie, do ramion. Czasami zostawiano ją w pokoju śledczego samą na parę godzin z lampą o bardzo ostrym świetle nastawioną prosto na twarz. Najgorsze jednak były stójki, które zaczęto stosować od listopada.
– Zaczynało się wieczorem, po dwudziestej, czyli po wieczornym apelu. Stawiali mnie bosą na betonie w samej koszuli w otwartym oknie przez które do środka w padał deszcz, a z czasem śnieg. I tak m usiałam stać przez całą noc aż do porannego apelu. Miałam siedem takich stójek, po których dostałam ciężkiego zapalenia przydatków.
Fordon
Ryszard stanął przed sądem 8 lutego. Za szpiegostwo otrzymał dożywocie (wyszedł w marcu 1955 r.). 10 lutego rozpoczął się proces Krystyny Buch.
– Jak na tam te czasy miałam bardzo dobrego adwokata, mecenasa Michalskiego. Za pomoc w szpiegostwie otrzymałam osiem lat więzienia i cztery lata pozbawienia praw obywatelskich. Jak usłyszałam, że wyrok wynosi osiem lat więzienia doznałam szoku.
Po sprawie, pierwszą noc Krystyna Buch spędziła w izolatce, a już następnego dnia trafiła na przejściową salę ogólną, gdzie przebywało ponad sto kobiet. W czerwcu 1950 r. wywieziono ja do więzienia w Fordonie. Kobieta trafiła do dwudziestopięcioosobowej celi, gdzie przebywały Polki i Ukrainki. Te ostatnie osadzono w więzieniu za ukrywanie żołnierzy UPA, a być może również w związku z „Akcją Wisła”.
Milicyjne patki
– W Fordonie haftowałyśmy patki do mundurów milicyjnych. Jeśli któraś z kobiet wykonała 135 procent normy, to jeden dzień pobytu w więzieniu liczył się za dwa dni i w ten sposób można było skrócić wyrok. Ponadto za pracę więźniarki otrzymywały wypiski, za które można było kupić na przykład cebulę czy czosnek, a raz na dwa tygodnie dziesięć jajek. Takie do datki bywały niezbędne, bo jedzenie w Fordonie było dość okropne. Rano kawał czarnego, kwaśnego chleba i czarna niesłodzona kawa zbożowa, na obiad stara kapusta, czasami śmierdzący dorsz, bywało, że z robakami. Mimo wypisek Krystyna Buch głodowała w więzieniu i chorowała. W 1953 r. trafiła na miesięczny pobyt do szpitala więziennego w Grudziądzu. Tam zetknęła się z więźniarkami i kryminalistkami.
– Najbardziej jednak obawiałam się choroby psychicznej. Zdarzało się, że więźniarki zapadały na różne fiksacje. Jedna z nich była bardzo agresywna i rzucała w nas drewniakami. Z czasem przeniesiono ją do celi, gdzie więziono chore psychicznie kobiety. W gwarze więziennej taką celę nazywano wariacką.
Traciłam nadzieję
W dniu śmierci Stalina Krystyna Buch przebywała w szpitalu więziennym w Grudziądzu. Z anim dowiedziała się o nowinie ze zdumieniem oglądała wywieszone na szpitalu czarne flagi. Po 1953 powoli następowała odwilż. W więzieniu była już lżejsza atmosfera, a i same oddziałowe nieco łagodniejsze.
– Po czterech latach pobytu wszystko zaczęło mi wysiadać. Byłam psychicznie wykończona. Jako więzień miałam coraz gorszą opinię, bo na przykład przestałam się kłaniać funkcjonariuszom więziennym. Bo właściwe komu i dlaczego miałam się kłaniać?
Parokrotnie Krystyna Buch stawała do raportu. Przyczyny były różne. Na przykład, raz znaleziono w celi igłę do szycia, którą wyniosła, ażeby pocerować swój rozpadający się sweter. W Fordonie, tak jak i wcześnie na Mokotowie, wielokrotnie otrzymywała propozycję skrócenia więziennej odsiadki w zamian za współpracę z UB. Mimo złego stanu psychicznego nigdy nie poszła na tę wątpliwą ugodę. Z dnia na dzień traciła nadzieję na wcześniejsze opuszczenie więzienia, choć regularne odwiedziny siostry i matki (ojciec zmarł w trakcie pobytu Krystyny w więzieniu, o czym dowiedziała się z paroletnim opóźnieniem ) nieco podtrzymywały ją na duchu.
Wszystko się wypaliło
W poniedziałek 31 stycznia 1955 r. Krystyna Buch została warunkowo zwolniona. W sumie od chwili aresztowania w celach przesiedziała sześć lat i dwa dni. Przed więzieniem w taksówce czekał na nią szwagier, mąż Anny.
– Nieprzytomna w siadłam do taksówki. Nie, nie byłam wówczas szczęśliwa. Miałam uczucie, jakby wszystko się we mnie wypaliło. Inaczej też wyobrażałam sobie samo wyjście i świat na zewnątrz.
Ponieważ Krystyna Buch przebywała na warunkowym zwolnieniu z więzienia, przez następne dwa lata w jej mieszkaniu przy ul. Strzeleckiej na Pradze pojawiała się milicja, aby skontrolować, czy kobieta aby nie konspiruje.
– Z więzienia wyszłam wychudzona z silnym owrzodzeniem dwunastnicy. Bywało, że jedyny pokarm , który mogłam przełknąć, to były surowe jajka.
Zły stan fizyczny i psychiczny to jedno, kolejną sprawą były problemy ze znalezieniem źródła utrzymania – nigdzie nie chciano zatrudnić byłej więźniarki. Pierwszą pracę, dzięki w stawiennictwu siostry, Krystyna Buch otrzymała w sekretariacie Zakładów Przetwórstw a Owocowo-Warzywnego w Grodzisku Mazowieckiem. Kobieta była jednak zbyt wycieńczona po przeżyciach ostatnich sześciu lat, a ponadto sam dojazd do pracy okazał się zbyt forsowny.
– Musiałam zrezygnować i znów zostałam na lodzie.
Dokucza mi samotność
Następną pracą, jakiej się podjęła było stanowisko kasjera w księgowości spółdzielni pończoszniczej. Pewnego dnia spotkała dawnego kolegę z Wołomina, który był głównym księgowym w Zakładach Przemysłu Terenowego. Krystyna Buch została likwidatorem. Wszystko było dobrze do czasu, gdy kobieta nie naraziła się pewnemu działaczowi partyjnemu. Konwekcją tego okazało się wymówienie. Kolejna praca, tym razem ostatnia. Był to etat w księgowości w FSO, gdzie Krystyna Buch pracowała od 1962 r. do 1974, do czasu gdy kręgosłup całkowicie odmówił posłuszeństwa. Wtenczas kobieta o trzymała nędzną rentę. Później przeszła na emeryturę, gdy zaliczono jej do stażu pracy sześć lat więzienia. Obecnie od dwóch lat otrzymuje rentę inwalidy wojennego pierwszej grupy.
– Nie narzekam na warunki materialne. Tak naprawdę, to dokucza mi samotność. Od prawie kilkunastu lat praktycznie nie wychodzę z domu. Zakupy robi mi pani z Opieki, która pojawia się na kilkanaście minut dziennie.
W nierealnym świecie
W kwietniu 1990 r. Sąd Najwyższy zrehabilitował Krystynę Buch. A to końcowy fragment z uzasadnienia wyroku:
„Biorąc pod uwagę zeznania Ryszarda G. oraz wyjaśnienia Krystyny Buch i towarzyszące okoliczności (……..) stwierdzić należy, że przyjęta przez oba Sądy świadomość Krystyny Buch co do charakteru przyjazdu Ryszarda G. do kraju, jak i jego działalności, została oparta wyłącznie na niedopuszczalnym w prawie karnym domniemaniu. W związku z tym uznać należy, że oba sądy wojskowe popełniły błąd w ustaleniach i ocenie, co do winy i w jego następstwie niesłusznie skazały Krystynę Buch za zarzucone jej przestępstwa”.
– Jak wyszłam z więzienia miałam trzydzieści lat. Jeszcze chciałam sobie ułożyć życie, mieć prawdziwy dom. Ale tak naprawdę mój świat jakby się zatrzymał na przeżyciach okupacyjnych, po prostu,
jakby wszystko zatrzymało się w czasach okupacji. A wszystko, co nastąpiło później wydaje się jakieś nierealne. Tak właśnie to odbieram . Żyję w nierealnym świecie pomiędzy czterem a ścianami.
Wieści Podwarszawskie
R.7, 1997 nr 39-40