Urodziłam się kilka lat po pierwszej wojnie światowej i jak tylko sięgam pamięcią w dwudziesto- i trzydziestolecie ubiegłego wieku Wołomin kojarzy mi się z widokiem atłasowego chałata i żydowskiej jarmułki. Małe miasteczko podwarszawskie, z ludnością kilkunastotysięczną, miało przynajmniej trzecią część swej populacji pochodzenia żydowskiego.

Wprawdzie byli i Rosjanie całkowicie spolonizowani, i garstka Niemców – ewangelików, ale ci ludzie nie rzucali się absolutnie w oczy, natomiast Żydów widziano wszędzie. Całe ówczesne “city” Wołomina: ulica Warszawska, Kościelna, Legionów (Długa) czy Wileńska głośne były od ciągłego gwaru w języku jidysz – mieszaniny niemieckiego, hebrajskiego i polskiego. Im dalej od centrum miasta, tym Żydów widziano mniej.Czytaj dalej

Jan Mierzejewski (ur. 10 stycznia 1929 r.) na lekcje do “panny Krysi” (tak mówił on i inni o nauczycielce, bo niewiele była od nich starsza) zaczął chodzić ponieważ miał zaległości na skutek choroby trwającej około dwa miesiące (zapalenie płuc po kąpieli w przerębli). Wówczas ojciec spotkał panią Natalię Kwapiszewską, mówił o problemie, a ta poradziła, by zgłosił się z synem do jej córki, Krystyny. Pierwsze wrażenie szkoły na poddaszu, młodego chłopaka zaskoczyło: zobaczył pełną mobilizację, atmosferę nauki i dyscypliny wśród uczniów, i o dziwo, dyscypliny, której nie trzeba było “trzymać”. Dla tych, którzy mieli zaległości panna Krysia prowadziła dodatkowe lekcje, Jaś korzystał z indywidualnej nauki języka niemieckiego, zawsze po niedzielnej mszy.Czytaj dalej

Syn piekarza Asza wybiegł z piekarni i ugodził nożem niszczyciela plakatów. A działo się to nie przed ostatnimi wyborami samorządowymi w Wołominie, tylko przed wyborami parlamentarnymi w 1936 r. Zdzisław Michalik wspomina, jak sam określił, “akcenty żydowskie” w Wołominie.

Mieli swoją ławkę

– Znane mi i przechowywane w mojej pamięci akcenty żydowskie biorą swój początek w miejscu pozornie nie związanym ze sprawą. Otóż, w prawej bocznej nawie kościoła p.w. MB Częstochowskiej w naszym mieście, znajduje się ołtarz ozdobiony obrazem Świętej Rodziny. W mało eksponowanym miejscu tego ołtarza, przytwierdzona jest tabliczka informująca, że został on ufundowany przez małżeństwo Helenę i Stefana Nasfeterów, właścicieli małego dworku i otaczającego go lasu sosnowego w południowej części miasta.

Państwo Nasfeterowie byli nie tylko fundatorami ołtarza, ale również gorliwymi uczestnikami nabożeństw w wołomińskim kościele, mając w niej swoją ławkę.Czytaj dalej

Jadwiga Markowska (1892 – 1945)

Pamięć “o swojej Pani” kultywowały jej uczennice z lat 1928-1945, dziś osoby w sędziwym wieku. To one przez lata odwiedzały jej mogiłę na wołomińskim cmentarzu, modliły się za nią, składały kwiaty i zapalały znicze. Ale płyta nagrobna z 1945 r. zaczęła się kruszyć, a napis:

ŚP. JADWIGA MARKOWSKA
UR. 1892 r. ZM. 22. I. 1945 r.
ZASŁUŻONEJ I NIEODŻAŁOWANEJ KIEROWNICZCE SZKOŁY nr 2
I DROGIEJ KOLEŻANCE W DOWÓD PAMIĘCI
NAUCZYCIELSTWO, WYCHOWANKOWIE I PRZYJACIELE

po wielu latach stał się już prawie niewidoczny.Czytaj dalej

O swoim ojcu i o rodzinie, których życie splotło się z historią miasta, opowiada PIOTR LANGE.

Zwykły-niezwykły dom przy wołomińskiej ul. Legionów. Parterowy, murowany, ukryty niemalże w zieleni. Dokoła wysokie drzewa, piękny ogród. Historia tego stuletniego domu to zarazem historia Wołomina. Jego mieszkańcy od pokoleń są znanymi i szanowanymi wołominiakami, poza tym, bywali tutaj najznamienitsi obywatele miasta, poczynając od dziedzica Woyciechowskiego i jego córki, Wacławy Mossakowskiej.Czytaj dalej

Był sierpień 1921 roku. Polska jako niepodległe państwo istniała dopiero od paru lat. A od wojny z bolszewikami minął rok. Z gazet można było siędowiedzieć o nieustabilizowanej sytuacji na Śląsku. Naturalnie te sprawy wówczas do mnie nie docierały. Wiem o nich m.in. z późniejszych przekazów rodzinnych. Ojciec nie znalazł od razu stałego mieszkania w Warszawie. To był okres głodu mieszkaniowego w odrodzonej po tylu latach stolicy i naporu na nią nie tylko rzesz urzędniczych z całego kraju, ale również owej fali repatriantów z Rosji bolszewickiej. Wynajęto dom w Wołominku, takiej jeszcze z dziewiętnastego wieku małej kolonijce letniskowej. Wołomin był żydowski, miasteczko z małym przemysłem znajdowało się po prawej stronie kolei. Natomiast Wołominek bliżej Warszawy, koło Kobyłki. Chodziło się do kościoła parafialnego w Kobyłce. Szło się przez pola, gdzie harcowały skowronki. Mieszkaliśmy w tym Wołominku mniej więcej naprzeciwko “Domu nad Łąkami” Zofii Nałkowskiej. A sąsiadowali z dworem niemieckiego przemysłowca, wielkiego producenta cegły. Ten drewniany dwór, niegdyś zadbany, interesujący, popadł po wyjeździe właścicieli w ruinę. Ale stanowił jednak część najbliższego pejzażu. Myśmy byli sąsiadami tego dworu. […] Rodzice byli z tego pierwszego miejsca zamieszkania zadowoleni, głównie z mego powodu, bo miałem gdzie hasać. Ojciec dojeżdżał stamtąd pociągiem do Warszawy do pracy w banku. […]

Czytaj dalej

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Genia. Każdy kto ma cokolwiek wspólnego z naszą literaturą wie o kim mówię. W roku 1945 do Zofii Nałkowskiej przyszła dziewczyna ze wsi, szukała pracy domowej. Nie umiała ani czytać ani pisać. Pisarka posłała ją do szkół, dzisiaj każdy kto usiłuje dotrzeć do Nałkowskiej natrafia na Genię, bez niej, jak mówią wtajemniczeni, “mucha nie siądzie”. Umieszczona za fotelem pisarki całuje ją raz po raz w głowę, słucha i ocenia nowe teksty autorki “Medaljonów”. Gdy słucha czegoś ładnego, od razu płacze. Gdy w pierwszych lalach po wojnie peeselowska “Gazeta Ludowa” piórkiem maczanym w jadzie opryskiwała pisarkę, Genia na własną rękę konfiskowała pismo by ono nie dostało się do rąk atakowanej. “Tylko niech pan i aby nic nie mówi – zaklinała nas wszystkich po kolei, może się nie dowie”. Razem z autorką dwudziestu kilku książek napisanych na przestrzeni pięćdziesięciu lat Genia na pewno wejdzie do literatury, skąd po wsze czasy przyciągać będzie oczy wszystkich tych, którzy cenią piękny przymiot natury ludzkiej – wierność. My dzisiaj uczcijmy to dziecko ludu dobrym słowem za to wszystko, co robi dla naszej pisarki.

Czytaj dalej

Był nalot na Klembów. Lecą te szatany tak nisko nad torem, że omal nie po czubkach drzew. Najpierw lecą na Warszawę, tam zaczynają strzelać armatami przeciwlotniczymi. Widać obłoczki na niebie, jak pękające granaty gonią samolot. Czasem widać smugę dymu, jakby jeden z samolotów pisał ogonem białą linię na niebie. Pewno to maskowanie, bo w tej smudze lecą inne srebrne w powietrzu. To znów od strony Warszawy leci nasz. Nie wiadomo czy się kryć, czy patrzeć, bo nie można oczu oderwać.Czytaj dalej

Byłam w Warszawie, miałam jechać do Basi gimnazjum, ale nic z tego nie wyszło, bo nieczynne. Stoją tam podobno uciekinierzy z Niemiec, ci co uciekli przed poborem.

Po Warszawie widać już, że wojna. Porobione rowy na placach, klomb przed kościołem Zbawiciela też pocięty rowami, ale tak, że kwiaty nie zniszczone. Ludzie chodzą z maskami gazowymi, z czerwonymi opaskami na ręku. Ruch ogromny, jadą wozy wojskowe, auta. W sklepach też urwanie głowy, ale moc żywności jeszcze wszędzie. Tylko piekarnie zamknięte, już wykupiono. I wędliniarnie.Czytaj dalej

Walki krwawe o Radzymin pod Warszawą 1920 r.

Dzień 13-ty sierpnia. Z tą chwilą rozpoczyna się główna faza walk o Warszawę. Oddziały nasze po długim odwrocie z pod Kojowa koncentrują się pod Warszawą, by tutaj nareszcie położyć kres tej żmudnej wędrówce i silnem przeciwnatarciem odrzucić wroga z pod murów zagrożonej stolicy. Wileński pułk koncentruje się w Pustelnikach i zajmuje pozycje obronne w lesie i na skraju lasu
z lewej i prawej strony szosy z Marek w kierunku na Radzymin.Czytaj dalej

Dnia 3-ego września dalekobieżny pociąg warszawski wyrzucił mnie o godzinie 7:40 w Wołominie…  Wołomin ! Nowa placówka życiowa, nowe pole pracy. Nie znałam go przedtem zupełnie. Na chybił – trafił wniosłam podanie na pierwsza, mniej więcej odpowiadająca, posadę, zdając się na los. Było to bardzo interesujące zresztą – przybyć do nieznanego środowiska, zupełnie innego niż to, w którym dotychczas pracowałam niż to, w którym się wychowałam. Snuły mi się w umyśle tysięczne obrazy stosunków, otoczenia, rodzaju pracy, wszystko przecie w marzeniach możliwe.Czytaj dalej

Pod wsią Jacków, położonej na samym brzegu Buga, przeprawiliśmy się na drugą stronę rzeki, a idąc ponad jej brzegiem, doszliśmy do wsi Ślęzany leżącej w powiecie stanisławowskim. Majętność pana Komierowskiego Ślęzany, składa się głównie z dwóch wsi: Ślęzan i Jackowa, w powiecie pułtuskim położonej. Gościnność i szczerość przepełniające serca państwa K., zjednały naszę dla nich wdzięczność; bo cóż się ceni w ludziach najwięcej, jeżeli nie otwartość i przychylność. Znajdziesz to przechodniu wszystko w dworku Ślęzan, bo tam zgoda i prawość, tam gościnność z cnotą zamieszkują.Czytaj dalej