Nieuchronnie zbliżała się druga wojna światowa. Atmosferę bliskości konfliktu zbrojnego dało się wyczuć także w podwarszawskiej Zielonce. Sygnały wojny dostrzegali prawie wszyscy, a w szczególności uczestnicy wydarzeń z lat 1914 – 1918. Ale mieli nadzieję, że może do niej nie dojdzie, może jeszcze nie teraz, może coś się wydarzy, co odsunięcie tragedię na czas nieokreślony. Ludzie często rozmawiali na ten temat, prowadzili dyskusje, spory – czy Hitler rzeczywiście odważy się uderzyć na Polskę? A może tylko grozi aby wymóc jakieś ustępstwa? Ale trzeba było jednak liczyć się z faktami.
Już w marcu 1939 roku powołano do wojska wielu mieszkańców Zielonki, był to niezbity dowód, że żarty się skończyły. Dodatkowo niepokoję wzrosły kiedy Hitler dokonał aneksji Austrii i Czechosłowacji i nie spotkało się to ze sprzeciwem bądź jakąkolwiek próbą oporu ze strony państw Europy zachodniej. Następnie anektował port Kłajpedę. Wtedy doręczone zostały wezwania imienne do wojska. Pomimo tego nadal łudzono się, że do wojny nie dojdzie.
29 sierpnia do osiedla dotarła wiadomość, że na lotnisku polowym w Zielonce przybyło ponad 20 samolotów z biało-czerwonymi szachownicami na skrzydłach. Na podobnym lotnisku w Poniatowie znajdowało się drugie tyle samolotów. Na ulicach pełno było mundurów w stalowym kolorze, przeważnie byli to oficerowie. Jeden z domów lotniczy przejęli, aby utworzyć tam swój sztab. Przewody telefoniczne nie poprowadzono na polowe lotnisko. Wtedy już złudzenia prysły. Wiadomości podawane przez radio i gazety ten niepokój dodatkowo potęgowały. Powszechna mobilizacja utwierdziła wszystkich w przekonaniu, że jednak Hitler nie skończy na pogróżkach. Zadawano sobie tylko pytanie – kiedy? Na odpowiedź jak wiadomo nie trzeba było długo czekać. 1 września mieszkańców Zielonki obudził ryk samolotów. To z lotniska polowego w niebo wzbiło się 20 polskich maszyn P-11c. Miały one za zadanie zmierzyć się z samolotami wroga. Było to dość trudne zadanie, biorąc pod uwagę stan techniczny owych samolotów w porównaniu z parametrami technicznymi samolotów wroga. Szanse – minimalne, a właściwe żadne. Wojska niemieckie nieuchronnie zbliżały się do Warszawy, uderzenie na stolicę szło z Prus Wschodnich.
Walki powietrzne rozpoczęte o godzinie 6.50 bardzo szybko przeniosły się nad Modlin, Zegrze, Jabłonnę i Radzymin. Walki polskich lotników w dniu 1 września przyniosły im duże straty. Mimo tego polskie samoloty ponownie wzlatywały w dniach następnych, ale niestety bez rezultatu. Dlaczego? Powód podałam wcześniej.

Lotnicy broniący Warszawy wchodzili w skład brygady pościgowej, utworzonej w drugiej połowie sierpnia. Na lotnisku w Zielonce przebywał 3 dywizjon 1 pułku lotniczego z Warszawy, składający się z 111 eskadry pod dowództwem kapitana pilota Zdzisława Krasnodębskiego i 112 eskadry z kapitanem Tadeuszem Opolskim na czele. W Poniatowie natomiast stały maszyny 4 dywizjony tego pułku. Wchodziły one w skład trzech eskadr; 113, 114 i 115. Dowódcą brygady pościgowej, liczącej 54 samoloty był pułkownik Stefan Pawlikowski. Brygada miała za zadanie obronę stolicy przed nalotami wroga.
W Zielonce znajdował się również sztab brygady pozostający w stałej łączności z podporządkowaną mu składnicą dozorowania i naczelnym dowództwem lotnictwa. 3 września stan bojowy brygady, dzięki naprawom wzrósł do 40 maszyn. Ale w walkach uczestniczył tylko 3 dywizjon, zestrzeliwując dwa bombowce, a jeden zmusił do lądowania. Natomiast 4 dywizjon zmienił tego dnia lotnisko i przeniósł się do Radzikowa. Następnego dnia lotnictwo niemieckie zaczęło działać małymi grupami. Silniejszy atak nastąpił dopiero po południu. Do walk doszło nad Wołominem, Błoniem i Babicami, udało się stracić jeden samolot nieprzyjaciela. Wieczorem 3 dywizjon przeniósł się na lotnisko polowe w Zaborowie koło Leszna.
Nad Zielonką ciągle krążyły samoloty zwiadowcze. 5 września Niemcy zaczęli nadlatywać nad stolicę głównie od południa. Spowodowało to liczne pojedynki nad Pirami, Babicami i Puszczą Kampinoską. Udało się unieszkodliwić wówczas 9 niemieckich samolotów. W dniu następnym liczba samolotów brygady polskiej wynosiła 32. Walki powietrzne trwały do świtu. Trzeci dywizjon stoczył bój powietrzny z niemiecką wyprawą bombową, niszcząc 6 samolotów. Następnie brygada przebywała w rejonie Łodzi i w drodze powrotnej napotkała pod Łowiczem niemiecki oddział lotniczy, który leciał do swojej bazy. W walkach powietrznych udało się zniszczyć 9 maszyn.
W dniach od 7 do 9 września polskie lotnictwo nie prowadziło nad stolicą żadnych działań bojowych, dlatego że rozkazem naczelnego dowództwa przeniesiono lotniska na wschód kraju, związane to było z poważnym osłabieniem dotychczasowymi działaniami brygady pościgowej. Rozkaz pozostał w związku z przeniesieniem również Kwatery Głównej Naczelnego Wodza z Warszawy do Brześcia nad Bugiem.
10 września zmieniła swoją bazę 152 eskadra myśliwska i znalazła się w Zielonce. Należała ona uprzednio do armii „Modlin” a została włączona do brygady pościgowej. Jej zadaniem było osłanianie warszawskich mostów. W kilku starciach powietrznych nad stolicą udało się stracić 3 samoloty niemieckie. Wieczorem samoloty eskadry opuściły lotnisko w Zielonce i dołączyły do brygady pościgowej.
Pierwsze dni wojny w sposób znaczący utrudniły życie codzienne, przynosząc ludności osiedla liczne kłopoty. Ze sklepów znikały towary codziennego użytku, drożała żywność. Psuła się komunikacja kolejowa. Jeśli komuś udało się dojechać do Warszawy, mógł uważać się za szczęściarza. Nie docierała na czas prasa, a potem gazety znikły zupełnie. Jedynym łącznikiem ze światem było radio. Radością i dumą napełniała serca mieszkańców wiadomość podawana do 7 września, „Westerplatte broni się nadal”. Natomiast nowiny podawane przez zagraniczne rozgłośnie były przygnębiające, mówiły o zajęciu Krakowa, Katowic i innych miast polskich. Ale takie informacje podawało też polskie radio.
Z ulic Zielonki nagle zniknęli lotnicy. Brygadę pościgową przeniesiono na inne lotnisko, więc tym samym lotnisko polowe opustoszało. Taką wiadomość przekazali ze smutkiem mieszkańcy wsi Kobylak pod Zielonką, gdzie lotnicy kwaterowali od 29 sierpnia. Ludność tamtejszych okolic gościła ich z wielką serdecznością i pomagała w zamaskowaniu i urządzeniu lotniska. Teraz nie widać już było na niebie polskich samolotów. Niepomyślne wiadomości nadchodziły także ze stolicy. Przynosili je mieszkańcy Zielonki, którzy tam pracowali. Od Okęcia nadciągała bowiem niemiecka dywizja pancerna. Atak jej czołgów na Ochotę i Wolę w dniach 8 i 9 września został na szczęście odparty i poniosła ona nieznaczne straty.
Mimo ogromnej przewagi wroga, dowództwo Warszawy na czele z generałem Czumą i Rómmlem postanowiło jednak za wszelką cenę bronić stolicy. Wiele osób miało nadzieję na rychłą pomoc Anglii i Francji, które 3 września wypowiedziały wojnę Niemcom. I jak wiemy na tym się skończyło. Ale liczono też na grupy armii „Poznań” i „Pomorze”, które nadciągały z zachodu kraju. O działaniach niemieckich od strony Prus Wschodnich w Zielonce jak na razie nie było nic słychać. Mówiono o krwawych walkach pod Mławą. O ich niepomyślnym przebiegu dowiedziano się dopiero pod koniec pierwszego tygodnia wojny, kiedy wojska niemieckie doszły do Narwi. I od tej pory wiadomości o niepowodzeniach polskich wojsk były na porządku dziennym i chyba nikogo nie dziwiły. Najwięcej informacji można było uzyskać wieczorami. Wtedy to na głównej ulicy osiedla robiło się gwarno i tłumnie. Wszyscy, jak to w niedużej miejscowości, dobrze się znali i nie mieli żadnych zahamowań w przekazywaniu wiadomości. Niektórzy przynosili różne towary i produkty żywnościowe, takie jak słonina, kiełbasa, papierosy, czy wódka, bo jak wiadomo, była wojna i kłopoty z zaopatrzeniem były bardzo duże.
W przeciągu dwóch tygodni front nieuchronnie zbliżał się do Zielonki. Jej mieszkańcy dowiadywali się o przebiegu walk bezpośrednio od żołnierzy zajmujących w pobliżu stanowiska ogniowe. W skład tych formacji wojskowych wchodziły m.in. 21 pułk piechoty i kilka mniejszych oddziałów pod dowództwem pułkownika Stanisława Sosabowskiego. Zgrupowanie wspierane było przez dwie jednostki artyleryjskie: 78 dywizjon artylerii pod dowództwem Feliksa Koszuckiego i I dywizjon 8 pułku artylerii lekkiej dowodzony przez kapitana Piotra Majewskiego. Oddziały polskie zajęły obszar na południe do Zegrza na linii Struga – Zielonka.
Walki rozpoczęły się 13 września. W tym samym dniu niemiecka artyleria ostrzelała Zielonkę. Wiele domów zostało poważnie uszkodzonych, niektóre uległy całkowitemu zniszczeniu. Mieszkańcy kryli się przed atakami w piwnicach i rowach wykopanych w pierwszym tygodniu wojny. Wieczorem nagle wszystko ucichło i mieszkańcy spodziewali się, że jest to tylko cisza przed burzą. Niektórzy zaczęli pospiesznie opuszczać swoje domy, udając się do pobliskich miejscowości lub bezpośrednio do stolicy. Ci, którzy zostali zasłaniali okna piwniczne workami z piaskiem albo pogłębiali rowy obok swoich domów. Powszechnie panowało przekonanie, że walki potrwają jeszcze kilka dni, a może nawet tygodni. Ludzie bardzo się niepokoili i wpadali w panikę, bo co będzie, jak wyczerpią się zapasy żywności? Obawy okazały się jednak bezpodstawne, bo już po zachodzie słońca wojsko opuściło linię frontu. To niespodziewane wycofanie się polskich oddziałów z linii Struga – Zielonka było wynikiem, jak okazało się później, niemieckiego uderzenia okrążającego spod miejscowości Dębe. Rozkaz opuszczenia tej linii został wydany 13 września o godzinie 20.00.
Oddanie Zielonki Niemcom wywołało w osiedlu gwałtowne poruszenie. Wiązało się z tym przecież tylko jedno – utrata wolności. Pojawiało się pytanie, co będzie dalej? I jeszcze jedno, czy w ogóle Niemców można pokonać. Niestety, wiadomość o odwrocie polskich oddziałów okazała się prawdziwa. Nasi żołnierze korzystając z ciemności uchodzili niewielkimi grupkami ku Wiśle. Wielu mieszkańców nawet płakało. Wiedziano i tutaj, bo jak wiadomo złe wiadomości zawsze szybko się rozchodzą, jak zachowuje się Wehrmacht przy zajmowaniu polskich osiedli. Szczególną grozę budziły te informacje, które mówiły o mordach popełnianych przez wojska niemieckie na ludności cywilnej, grabieżach i gwałtach. Tymi ostatnimi czynami w szczególności zajmowały się specjalne oddziały przeznaczone do tego właśnie celu.
Następnego dnia mieszkańcy z trwogą oczekiwali najgorszego, no i niestety stało się, usłyszano warkot motocykli, następnie tuż w ślad za nimi widać było nadciągającą piechotę w znienawidzonych szarozielonych mundurach. Osiedle znalazło się w rękach niemieckich 14 września, mieszkańcy bardzo dobrze zapamiętali ten dzień.
Po zajęciu Zielonki oczy zwróciły się w kierunku stolicy. Dotąd dopóki Warszawa opierała się wrogowi w sercach tliła się niewielka iskierka nadziei, że może jeszcze nie wszystko stracone. O tym, czy stolica broni się nadal, świadczyły ciągłe naloty niemieckie i nieustanny huk dział. Nocami łuna nad Warszawą była coraz większa. 27 września zrobiło się niebezpiecznie cicho, a to nie wróżyło nic dobrego. Pojawiło się pytanie: czyżby Niemcy zajęli stolicę? Niestety, to była prawda, opowiadali o tym nie pomijając szczegółów powracający do Zielonki obrońcy Warszawy. Czarę goryczy przelewali żołnierze, którym udało się umknąć z płonącego miasta. Byli to ci, którym udało się uciec przed niewolą i umieszczeniem w obozach jenieckich. Szli żołnierze spod Mławy i Kutna oraz licznych pobojowisk południowej Lubelszczyzny. Jako ostatnia dotarła do Zielonki grupka żołnierzy z grupy operacyjnej „Polesie”, dowodzona przez generała Franciszka Kleeberga. Uczestniczyli oni w bitwie pod Kockiem stoczonej 5 października 1939 r. Dla niektórych Zielonka była kresem podróży, dla innych była pomocą umożliwiając odpoczynek, posiłek i nocleg. Starano się też zaopatrzyć żołnierzy w cywilne ubrania, aby mogli bezpiecznie wrócić do domu.
Wieści Podwarszawskie
rok 2007, nr 31 i 32 (848 i 849)