Pasieka Leopolda Restela w majątku Fiukały Nikodema Godlewskiego. Pszczelnictwo Polskie, 1929, nr 6
Przenieśmy się w czasie do lat trzydziestych i czterdziestych dwudziestego stulecia. Pan Władysław Gawuć jest świadkiem historii Jarzębiej Łąki i Fiukał. Ostatni raz rozmawialiśmy dziesięć lat temu. Niedawno miałem zaszczyt przeprowadzić kolejną, dłuższą rozmowę z tym wyjątkowym 97- latkiem. Pan Gawuć jest siostrzeńcem Nikodema Godlewskiego – właściciela Fiukał, zasłużonego dla naszych okolic.
Naszą rozmowę, znów – tak jak dziesięć lat temu – rozpocznijmy od Nikodema Godlewskiego, ziemianina i właściciela Fiukał. Kim dla Pana był?
Nikodem Godlewski był bratem mojej babci ze strony matki. Co prawda w latach trzydziestych mieszkaliśmy z rodzicami w Warszawie, ale często spędzaliśmy u wuja na Boże Narodzenie, Wielkanoc, przyjeżdżaliśmy w lecie.
Nikodem Godlewski zmarł w 1933 roku. Pamięta go Pan?

Tak. Moje wspomnienia z nim związane sięgają mniej więcej w 1930 roku. Wuj Godlewski był dosyć zażywny. Coś w rodzaju typowego szlachciury, choć chyba nie miał takich dużych wąsów, jak marszałek Piłsudski. Tak go zapamiętałem. Pamiętam też, że objeżdżał swój majątek charakterystyczną linijką. Ten powóz składał się z takiej długiej kanapy, z tyłu były dwa koła, z przodu również, tyle że ruchome i ciągnął to jeden koń a na linijce można było siedzieć okrakiem oraz bokiem. Za nim biegł zawsze nieodłączny piesek – Foksik bardzo zaprzyjaźniony ze swoim panem. Nikodem miał żonę Annę z domu Mróz. O ile wiem, bo pamiętać tego nie mogę mieli córeczkę, ale to dziecko umarło zaraz po urodzeniu. Do końca życia pozostali bezdzietni.
Jak wyglądały Fiukały do których Pan przyjeżdżał?
Dwór był dużym drewnianym, pomalowanym na zielono budynkiem. Przed nim, od strony dzisiejszej drogi przez Fiukały na Kazimierzówkę umiejscowiony był podjazd z dużym klombem. Dwór składał się z kilku pokoi na dole i kilku mniejszych pokoi na pierwszym piętrze. Z części dolnej można było przejść długim korytarzem do kuchni. Tam gotowano smaczne potrawy i przynoszono wspomnianym korytarzykiem do obszernej jadalni. Z jadalni z kolei można było wyjść na przeciwległą część dworu. Po tamtej stronie znajdowały się dwa stawy. Ten większy stale czyszczony bowiem w ładnej wodzie pływały ryby. Co pewien czas wyławiane na obiad. Te karaski pamiętam do dziś. Przypominam sobie jak ludzie dworscy podchodzili pod brzeg, dwóch naganiało a jeden trzymał więcierz i ryby wyjmował. Za drugim stawem stał kolejny budynek, tym razem murowany. Tam mieszkał pracownik nazwiskiem Restel, który opiekował się pszczołami. W majątku ustawiono kilkadziesiąt uli. Drugą część murowanego budynku zajmowała Helena Kryńska, bratanica profesora Kryńskiego – znanego polonisty, autora słowników. Chodziliśmy do niej często a ona – muszę przyznać – bardzo mnie lubiła. Pamiętała o moich imieninach o świętach. Dawała lub przesyłała mi książki, najczęściej coś Arkadego Fiedlera. Pamiętam, że była zapaloną zwolenniczką narodowej demokracji i Romana Dmowskiego. Z gospodarskich budynków pamiętam chlewnię i parnik do parzenia kartofli, dalej stała stajnia z dwoma pięknymi końmi cugowymi a w drugiej części około dziesięcioma końmi gospodarczymi. Potem stały obora orz duża stodoła z lokomobilą. To coś w rodzaju małego parowozu. Para napędzała silniki wprawiające w ruch młockarnię. Choć w tym okresie lokomobila była popsuta i używano klasycznych kieratów.
Pańscy rodzice pobudowali dom letniskowy na parceli, którą zorganizował ze swojego majątku pan Godlewski. Zresztą, część majątku właśnie dla letników została przeznaczona, prawda?
Wuj parcelował nieurodzajne pola i łąki i sprzedawał letnikom z Warszawy. Z Fiukał wydzielono kolonię Budziszewo. Po śmierci córki Godlewscy mieli wychowanicę, panią Budziszewską. Ona opiekowała się gospodarstwem domowym. To od jej nazwiska wzięła się nazwa nowej kolonii. Pamiętam nazwiska niektórych osób które kupiły takie działki. Była to m.in. grupa policjantów. Pierwszy pan Bronisław Ciecierski, rozpoczął budowę murowanego, dużego budynku, dalej była działka pana Kubackiego, kolejny to pan Madej. W innej części lasu działkę miał pan Jawoszek. Ci wszyscy letnicy, którzy wyjeżdżali na wieś chcieli nie tylko przebywać na świeżym powietrzu ale też zawsze myśleli o kąpieli. Dlatego myślący przyszłościowo wuj Godlewski uznał, że musi tu być w najbliższej okolicy jakieś kąpielisko. W poprzek Fiukał przepływa niewielka rzeczułka, kiedyś było tam więcej wody niż obecnie. W każdym razie na tej rzeczułce wykopano basen o wymiarach 100 na 50 metrów.
Nikodem Godlewski był człowiekiem gospodarnym, ale i potrafił się dzielić zgromadzonym majątkiem. To on ufundował istniejący do dziś ołtarz główny w kościele w Postolskach. Czy to znany panu fakt?

Oczywiście! Nikodem Godlewski był kolatorem, opiekunem kościoła w Postoliskach. Przeznaczał na niego bardzo dużo funduszy. Miał zresztą swoją ławę kolatorską na której siedział wraz z rodziną podczas mszy. Naprzeciw znajdowała się ławka Wincentyny Karskiej. Pamiętam z czasów wojny księdza Romana Adamskiego. Odwiedzaliśmy go dość często. I tu anegdotka. Kiedy w roku 1941 Niemcy wprowadzili zmianę czasu, Ksiądz tego nie uznał. Dochodziło więc do śmiesznych nieporozumień. Ludzie przychodzili godzinę wcześniej na mszę. Pamiętam doskonale jeszcze jednego duchownego. Wikariuszem w Postoliskach był wtedy ks. Jerzy Kowalski, to taki trochę świecki ksiądz. Miał bowiem cały szereg zainteresowań. Przede wszystkim Interesował się fotografią, robił piękne zdjęcia. Nauczył mnie robić powiększenia fotografii bez światła elektrycznego. Otóż trzeba było w pokoju zasłonić okno ale z zostawionym małym otworem, w którym umieszczano aparat powiększający. Wiem że ks. Kowalski po wojnie był proboszczem koło Choszczna.
Pamięta pan ówczesnych mieszkańców Jarzębiej Łąki?
Z nazwisk ważniejszych gospodarzy z Jarzębiej Łąki. Pracownikiem kolejowym, takim który mieszkał na stacji, żona była kasjerką a on reperował tory to był pan Malinowski. Wybudował sobie dom ze zużytych podkładów kolejowych. Dalej w stronę Jarzębiej od stacji, po lewej mieszkał murarz Murawiecki, po lewej stronie dalej rodzina Kaniewskich a po prawej gospodarstwo Tyczyńskich. Wyróżniający się gospodarze. Niedaleko było gospodarstwo Wysockiego. Pomagał on bardzo letnikom. Był też Roguski, Kowalewski, stolarz Trojanek. Dwóch ostatnich w 1941 roku było aresztowanych i przewiezionych do Oświęcimia. Na szczęście po wojnie udało im się wrócić.
Przypomnijmy historię, której pan był uczestnikiem. Wojnę spędziliście Państwo na letniskowej działce, dziś to Jarzębia Łąka. Tutaj uczestniczył pan w tajnych kursach, które prowadziła Pańska Matka.
Przed wojną mieszkaliśmy w Warszawie przy ulicy Furmańskiej. Moja matka była nauczycielką. Uczyła fizyki i matematyki w gimnazjum w Wyszkowie. Mama codziennie przejeżdżała do dworca wileńskiego i stamtąd pociągiem jechała do Wyszkowa. Na stacji nauczycieli odbierała bryczka i byli wiezieni do budynku gimnazjum. Mama uczyła też w Gimnazjum sióstr Felicjanek w Wawrze. Podczas wojny mieszkaliśmy w Jarzębiej Łące dlatego że mieszkanie warszawskie zostało zniszczone w 1939.

Przed wojną chodziłem do państwowego Gimnazjum i Liceum im. Władysława IV. We wrześniu 1939 roku powinienem rozpocząć trzecią klasę gimnazjum. Pozostały mi więc jeszcze cztery lata nauki do matury. Mama już w Jarzębiej Łące skontaktowała się z Henryką Kurówną, germanistką, córką Mateusza – organisty z Postolisk. Postanowiły zorganizować tajne komplety. Uczyłem się ja, brat Henryki Tadeusz i Stanisław Ołdak z Dzięciołów. Nauka była tajna, u nas w domu. Nawet sąsiedzi udawali, że nie wiedzą o tej inicjatywie. I muszę przyznać, że te nasze umiejętności tu zdobyte były zupełnie niezłe. Po dwóch latach tajnej nauki w 1941 pojechaliśmy do Wawra i tam zdaliśmy małą maturę. Komplety które odbywały się w Jarzębiej Łące były zorganizowane wespół z Gimnazjum i Liceum Stowarzyszenia Dyrektorów Polskich Szkol Średnich Państwowych z dyrektorem Mądzielewskim na czele. W październiku 1943 roku zdawaliśmy tajną maturę. Do Jarzębiej Łąki na dwa dni przyjechała specjalna komisja. I zdaliśmy zupełnie normalny egzamin maturalny. Dostaliśmy oceny i to zostało zanotowane w aktach tej szkoły dyrektora Mądzielewskiego. Te oceny zostały potwierdzone również przez siostry Felicjanki z Wawra.
Jak wspomina Pan nasze okolice sprzed wojny?
Droga z Postolisk do Jarzębiej Łąki była piaszczysta, wyjątkowo rozjeżdżona, z licznymi kałużami. Trzeba pamiętać, że ówczesne furmanki, były tylko na drewnianych obręczach. Pamiętam poranki, kiedy szereg furmanek okolicznych gospodarzy wyruszał na targi do Tłuszcza. Tuż po przekroczeniu przejazdu słychać było charakterystyczny dźwięk pracującego młyna Sackiewiczów. Z tym kojarzył mi się Tłuszcz.
goniec tłuszczański
wrzesień 2022