OSP Radzymin

OSP w Radzyminie (I)

Za całokształt pracy mundur strażaka był i jest zawsze szanowany, a ci, co go noszą, znajdują wśród społeczeństwa życzliwe uznanie – to słowa z opracowania “Ochotnicza Straż Pożarna w Radzyminie”, autorstwa Jerzego Lewickiego. Praca powstała w 1969 r. i dokładnie opisuje pierwsze lata działalności radzymińskich strażaków. Ponadto przypomina historię straży pożarnych w Polsce. Ten cenny opis z pewnością kiedyś za Jerzym Lewickim przytoczymy, a dzisiaj przedstawiamy dzieje jubilatki, od początku istnienia.

Ożywić senne miasteczko

Na początku ubiegłego wieku Radzymin był niedużym miasteczkiem, nie odznaczającym się niczym wyjątkowym. Dwa rynki, niebrukowane ulice, przy których stały parterowe i jednopiętrowe domy oraz kilka bardziej okazałych budowli: murowany kościół, gmach Seminarium dla nauczycieli Szkół Elementarnych, Szkoła Ogrodnicza prowadzona przez Braci Dolorystów. Życie w Radzyminie toczyło się spokojnie, bez większych wstrząsów i znaczących wydarzeń. Nie działały żadne, zabronione przez zaborcę, organizacje polityczno-społeczne, brakowało także jakiegokolwiek ośrodka kulturalnego. Miasto ożywiało się jedynie w dni targowe i świąteczne, gdy do Radzymina ściągali chłopi z okolicznych wsi. Nie ma co ukrywać, że takie zjazdy kończyły się najczęściej w pięciu istniejących w mieście restauracjach i oberżach.

Według Lewickiego, w pierwszych latach XX wieku pewne ożywienie wprowadzają ludzie zamiejscowi, przeważnie przybysze z Warszawy, którzy osiedlali się w Radzyminie bądź okolicach na stałe. Jednym z przybyszów był Julian Frydrychewicz, który przyjechał w te strony w 1900 r. Zamożny współwłaściciel młyna parowego na Pradze, energiczny człowiek, społecznik i organizator zdobył szybko uznanie wśród miejscowych obywateli. Wraz z kilkoma światłymi obywatelami Radzymina, rejentem Korniłowiczem, sędzią Freitagiem, braćmi Łagowskimi i Gortami, Frydrychewicz opracował plan powołania do życia takich organizacji, które przyniosłyby pożytek społeczeństwu, a zarazem ożywiły życie kulturalne. Po długich dyskusjach postanowiono zorganizować Ochotniczą Straż Ogniową i Kasę “Stefczyka”. Widać powołanie straży i kasy wypływało z rzeczywistych potrzeb mieszkańców, bowiem do współpracy chętnie przystąpili: Karol Cieślik, Tomasz i Władysław Gorta, Antoni Dudziński, Franciszek Błoński, Antoni Małachowski, Jan Królikowski, Stanisław Szymankiewicz, bracia Matuszewscy, Antoni Orczykowski, Jan Ojkuć, Józef Łagowski oraz wielu innych, co bardziej wpływowych i znanych obywateli.

Narodziny kasy i straży

Na wspólnych zebraniach organizacyjnych jesienią 1902 r. powstały: Kasa Zapomogowo-Pożyczkowa oraz Ochotnicza Straż Ogniowa. Kasa, zwana później popularnie “bankiem” udzielała pożyczek i pomocy kredytowej rzemieślnikom, kupcom i rolnikom. Trzeba tutaj dodać, że pierwsza w mieście organizacja spółdzielcza spotkała się z niechętnym przyjęciem ze strony ludności żydowskiej, która zapewne poczuła się zagrożona konkurencją handlową. Natomiast straż ogniowa była przez wszystkich przyjęta życzliwie, zyskując pełne poparcie ze strony burmistrza miasta Stefana Kęszyckiego oraz ze strony samego naczelnika powiatu. Oczywiście, obydwu panów wpisano na listę członków honorowych straży.

Po trzy ruble przez trzy lata

Wkrótce zwołano ogólne zebranie obywateli miasta Radzymin, podczas którego jednomyślnie podjęta została uchwała dobrowolnego opodatkowania się na rzecz straży w wysokości trzech rubli rocznie przez trzy lata. Jak pisze Lewicki w opracowaniu, z obowiązku tego wszyscy mieszkańcy wywiązali się sumiennie, a byli też tacy, którzy wpłacali znacznie większe kwoty.

“W ofiarności na rzecz świadczeń dla organizującej się straży było nawet pewnego rodzaju współzawodnictwo, i tak, jeżeli ksiądz Teofil Kozłowski wpłacił sumę 150 rubli, to nie chciał być od niego gorszy rabin żydowski czy też właściciel browaru Zelman. Przykład zresztą dał sam naczelnik powiatu, chociaż Rosjanin. W ten sposób ze składek całego społeczeństwa Ochotnicza Straż Ogniowa w Radzyminie została wyposażona już w pierwszym okresie swego istnienia w potrzebny sprzęt pożarniczy.”

Ci obywatele Radzymina, którzy w pierwszej kolejności zapisali się do straży, zakupili za własne pieniądze umundurowanie i hełmy.

Drewniana szopa na rynku

W pierwszym zarządzie Ochotniczej Straży Ogniowej w Radzyminie byli prawie wszyscy jej założyciele: Bolesław Freitag – naczelnik, Czesław Łagowski – zastępca naczelnika, Zygmunt Korniłowicz – gospodarz, Karol Cieślik – skarbnik, oraz członkowie: Tomasz Gorta, Jan Królikowski, Antoni Małachowski, Jan Ojkuć, Antoni Orczykowski i Stanisław Szymankiewicz. Ponadto, dochodzącymi członkami zarządu zostali Jan i Andrzej Żmijewscy.

Początki działalności do łatwych nie należały. Udało się jednak zakupić wóz strażacki, sześć beczek i trzy sikawki, a także toporki strażackie, hełmy i inny niezbędny sprzęt. A gdy samorząd miejski udostępnił drewnianą szopę na rynku, tam właśnie utworzono remizę strażacką.

Stateczni ojcowie taskali drabiny

Od początku istnienia straż pożarna cieszyła się dużym zainteresowaniem wśród miejscowej ludności. Mężczyźni zaczęli zapisywać się do straży i niebawem jednostka liczyła sześćdziesiąt osób. Strażacy byli podzieleni na trzy oddziały:

  • oddział toporników, którym dowodził kom. Karol Cieślik
  • oddział wodników, na czele z kom. Wize
  • oddział ochrony, z kom. Janem Wierczyńskim.

Członkowie straży pożarnej rekrutowali się głównie z najbardziej szanowanych i wpływowych obywateli miasta, często nawet starszych wiekiem. Zaś sama przynależność do straży była swego rodzaju wyróżnieniem i zaszczytem.

Wspomina Lewicki, że: “Ćwiczenia bojowe strażaków odbywały się w niedzielę każdego tygodnia od godziny 6 do 10 rano, pod kierunkiem dowódców oddziałów. Ponieważ ćwiczenia odbywały się na rynku, było to niezwykle ciekawym widowiskiem dla mieszkańców miasta, szczególnie zaś dla młodzieży, która obserwowała z zainteresowaniem, jak ich stateczni ojcowie, często nawet korpulentni, prężyli się w czasie zbiórki na baczność, jak pędzili do wozów, taskali drabiny i wózki z beczkami, zakładali sikawki. Nic też dziwnego, że marzeniem każdego chłopaka było założenie kiedyś prawdziwego hełmu strażackiego i pasa z toporkiem. A najbardziej ulubioną zabawą dzieci stała się zabawa w straż pożarną.”

Najpierw bił dzwon kościelny

Na początku ubiegłego wieku system alarmowy w przypadku pożaru był dość skomplikowany. Na wiadomość o pożarze najpierw dawano sygnał dzwonem kościelnym, a później specjalni łącznicy – sygnaliści dawali alarm bijąc w dzwonki alarmowe rozmieszczone w różnych punktach miasta. W tym samym czasie trzej inni sygnaliści dawali sygnały alarmowe trąbkami. Funkcję takiego trębacza pełnił m.in. młody wówczas chłopiec Władysław Królikowski, późniejszy działacz straży pożarnej. Na dany sygnał strażacy rzucali swoje zajęcia i biegli do remizy. Ponoć akcja wyruszania do pożaru przebiegała nad wyraz sprawnie i nie mijał kwadrans, jak ochotnicy pędzili do gaszenia ognia. Bywało, że za strażakami w stronę pożaru ruszała cała kawalkada wozów naładowana ludźmi, bowiem każdy chciał służyć pomocą.

Czasami niemiłosiernie fałszowała

W 1904r. Ochotnicza Straż Ogniowa w Radzyminie otrzymała w darze od społeczeństwa sztandar. Była to wielka uroczystość o randze powiatowej, zakończona zabawą ludową, podczas której grała własna orkiestra strażacka. Orkiestra powstała dzięki staraniom Czesława Pawłowskiego zamiłowanego muzyka. Początkowo składała się z dwunastu osób, potem liczba ta podwoiła się. Orkiestra grała pod batutą zdolnego i energicznego kapelmistrza Gołębiowskiego.

Orkiestra strażacka stała się wkrótce popularna w całym mieście i powiecie. Występowała często z licznymi koncertami, a zabawy strażackie cieszyły się ogromnym powodzeniem. Tym bardziej, że połączone były z różnymi zawodami, takimi jak: strzelanie do celu, biegi w workach, ćwiczenia zręczności, biegi masowe od remizy do starostwa. Podobno pod koniec zabawy orkiestra często już nie panowała nad sobą i niemiłosiernie fałszowała, jednak uczestnicy zabawy tego nie dostrzegali, ponieważ sami ledwo zipali ze zmęczenia.

Mogli należeć i należeli wszyscy

Ale, jak pisze Lewicki, nie tylko zabawy były gwoździem programu działalności straży. We wszystkich dziedzinach życia społecznego straż wprowadziła duże ożywienie i pełną demokratyzację. Do Ochotniczej Straży Ogniowej mogli należeć i należeli wszyscy, którzy chcieli do niej wstąpić, bez względu na narodowość i pochodzenie społeczne. Ponadto, działalność kulturalna przekształcała się stopniowo w działalność polityczną. Przedstawienia w Domu Ludowym odegrały niemałą rolę w krzewieniu polskości i patriotyzmu. Ale czyż mogło być inaczej, skoro członkowie zarządu straży znani byli ze swego patriotyzmu. To oni w dużej mierze przyczynili się do budowy Domu Ludowego, ochronki, tajnego nauczania w języku polskim. Tak się składało, że cały zarząd straży był jednocześnie w zarządzie Spółdzielczej Kasy, że wszelkie inicjatywy były podejmowane wspólnie.

Do najbardziej aktywnych strażaków tamtych lat należeli: Julian Frydrychewicz, Tomasz Gorta, Władysław Gorta, Franciszek Błonski, Czesław Łagowski, ks. Teofil Kozłowski, Jan Królikowski, Antoni Małachowski, Karol i Klemens Cieślikowie, Wize.

W 1914 r. wybuchła pierwsza wojna światowa. Ochotnicza Straż Ogniowa przeżywała wtedy trudne chwile. Wielu strażaków zostało powołanych do wojska, ci co pozostali, dołożyli starań, by nie zaprzepaścić dorobku straży. Część sprzętu i instrumentów muzycznych udało się przed Niemcami uratować, jednak niemało z majątku strażackiego zostało rozgrabione.

Wśród tych, którzy po pierwszej wojnie światowej przystąpili do reaktywowania Ochotniczej Straży Pożarnej w Radzyminie, byli: burmistrz miasta Stanisław Marszał, ks. Kobyliński, aptekarz Buchner, właściciel cegielni Stanisław Kronnenberg, Klemens i Karol Cieślikowie, Aleksy Matuszewski, Władysław Królikowski, Tomasz Gorta. Spośród wymienionych wybrano pierwszy powojenny zarząd straży, na czele którego stanął Klemens Cieślik.

Pomni dawnych zwyczajów, druhowie rozpoczęli zbiórki wśród społeczeństwa. Za pozyskane w ten sposób pieniądze zakupiono sprzęt strażacki i uzupełniono brakujące instrumenty muzyczne. W krótkim czasie straż była gotowa do działania.

Wicher gna

Największym ówczesnym marzeniem radzymińskich strażaków było posiadanie wozu strażackiego z prawdziwego zdarzenia. Tym bardziej, że konne pojazdy spotykały się z drwiącymi uwagami społeczeństwa. Ale pomijając złośliwości, to zdarzało się również, że zanim strażacy dojechali do pożaru, nie było już co gasić. Po wielu staraniach udało się zakupić wóz strażacki, który po odpowiedniej adaptacji został dostosowany do pożarniczych potrzeb. Nabytek zyskał imię “Wicher” i niczym prawdziwy wicher gnał po radzymińskich drogach do dalekich pożarów. Dzięki troskliwej konserwacji szoferów wóz służył przez długie lata.

Radość całego miasta

W 1926 r. orkiestra strażacka wzięła udział w ogólnopolskim współzawodnictwie orkiestr strażackich, zdobywając zaszczytne trzecie miejsce. Było to powodem wielkiej radości i dumy nie tylko dla zespołu, ale dla całego miasta. Odtąd żadna impreza, żadne uroczyste święto nie mogły się obyć bez udziału orkiestry strażackiej. Dochody z zabaw, ze zbiórek społecznych, jak również stałe poparcie zamożniejszych obywateli, pozwoliły na unowocześnienie sprzętu. Dla przykładu, ręczne sikawki ustąpiły miejsca motopompie, a beczki na wózkach – prawdziwemu beczkowozowi.

Jednostka odmłodniała

Około 1928 r. dawne, drelichowe mundury strażackie zostały zamienione na eleganckie mundury z sukna. Znacznie podniosła się sprawność bojowa druhów poprzez solidne przeszkolenie w zakresie nowoczesnej akcji ratunkowej. W miejsce dawnych oddziałów toporników, wodników i oddziałów ochrony powstały mniej liczne, ale za to wszechstronnie przeszkolone plutony. Ponadto jednostka znacznie odmłodniała, dawnych weteranów zaczęli zastępować młodsi radzyminiacy. Jednak ci najbardziej doświadczeni nadal pozostali na stanowiskach dowódców plutonów. Wśród nich byli: Aleksy Matuszewski, Lucjan Rudzki, bracia Rusiniakowie, Julian Piątkowski, Roman Matera, Antoni Małachowski, Roman Rutkowski i Mieczysław Winiarski.

W latach trzydziestych przystąpiono do budowy własnej remizy strażackiej. Był to wspólny wysiłek strażaków i mieszkańców Radzymina. Dzięki temu powstał dość duży budynek z halą na wozy strażackie i sprzęt pożarniczy oraz z pokojami dla zarządu i pomieszczeniem na świetlicę. Było to znaczące osiągnięcie, wybudowanie strażnicy bez jakichkolwiek dotacji ze strony państwa.

Ratowali przed zniszczeniem

I kiedy wydawało się, że radzymińskim strażakom już nic do szczęścia nie potrzeba, wtedy nadszedł 1939 r. W pierwszych dniach wojny strażacy mieli pełne ręce roboty, ponieważ w następstwie bombardowań płonęło miasto i okoliczne wsie. Nie zważając na ostrzał artyleryjski, straż wyjeżdżała do pożarów, by ratować ludzi i ich dobytek.

Wieści Podwarszawskie
2002 nr 12-17

Więcej tego autora:

+ Brak komentarzy

Dodaj swój

Zostaw komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.